Recenzje

“Zgubiłam swoje ciało” PLUSY I MINUSY, RECENZJA

“Nie mówiłem, że będzie łatwo. Nie zawsze się uda. Takie jest życie.” – te słowa ze sceny otwierającej okazują się prorocze nie tylko dla głównego bohatera filmu, ale i dla całej tej produkcji, która otarła się o wielkość i o Oscara, a czegoś jednak zabrakło…


“Zgubiłam swoje ciało” (2019) to francuski debiut animowany Jeremiego Clapina znanego wcześniej z kilku krótkich metraży, jak świetny i poruszający “Skhizein” z 2008 roku czy “Good Vibrations” z 2009. Film jest adaptacją książki Guillaume’a Lauranta, współtwórcy scenariuszy do
ponadczasowej “Amelii” (2001) czy “Bardzo długich zaręczyn” (2004). Animacja została doceniona m.in. w Cannes, gdzie Clapin otrzymał główną nagrodę Grand Prix Międzynarodowego Tygodnia Krytyki (2019), była też nominowana do Oscara.

Animacja opowiada historię nastolatka, Naoefula, który po tragicznej śmierci rodziców przeprowadza się do Paryża, żeby zamieszkać z daleką rodziną. Los chłopca nie rozpieszcza – w nowym domu traktowany jest z pogardą, szanse na spełnienie marzeń legły w gruzach i nie ma
pojęcia co zrobić ze swoim życiem.
Do tego raczej ma pecha, niż szczęście – nie po drodze mu z punktualnością, co jest dosyć niefortunne, kiedy pracuje się jako dostawca w Fast Pizza. Wszystko się zmienia, kiedy Naoufel zostaje potrącony przez samochód. Bohater nie odnosi obrażeń, ale dostarczana przez niego pizza zamienia się w rozpaćkaną breję, czego on sam w ferworze wrażeń nie zauważa.

W tym miejscu zaczyna się moja ulubiona scena filmu: chłopakowi udaje się w końcu dotrzeć pod wskazany przez klientkę adres, dzwoni do domofonu, dziewczyna uruchamia przycisk pozwalający na otwarcie drzwi prowadzących na klatkę… i okazuje się, że nawet one nie mają zamiaru ułatwić mu życia i postanawiają się nie otworzyć.

Głos klientki z interkomu okazuje się głosem młodej bibliotekarki, Gabrielle, która przez kilka minut prowadzi z Naoefulem rozmowę tak wciągającą, że chłopak nawet nie zauważa, kiedy deszcz przestał padać. Bohater finalnie odjeżdża na swoim poturbowanym skuterku, ale dobrze wiemy, że jego drogi z oryginalną dziewczyną jeszcze się zejdą.


Clapin od samego początku filmu serwuje nam trzy linie fabularne – mamy zakochanego Naoefulla, jego czarnobiałe wspomnienia z dzieciństwa oraz przygody jego obciętej dłoni, która przemierza niebezpieczne ulice Paryża, żeby połączyć się z resztą swojego ciała (a przy okazji sprawia, że przez cały seans czekamy, aż stanie się coś złego – ręce w końcu nikomu same nie odpadają). Chciałoby się napisać, że wszystkie trzy tworzą dzieło oryginalne i kompletne, a bez którejkolwiek z nich film byłby stratny, ale w moim odczuciu tak nie jest.

Wątek zakochanego Naoefula jest oczywiście niezbędny dla całej historii. Przedstawia nam on przemianę bohatera – z tchórzliwego, samotnego chłopca żyjącego wspomnieniami i niemogącego przepracować swoich traum, w chłopaka, który jest w stanie zawalczyć o swoją miłość, pasję i o siebie samego. W tej narracji tak samo, jak w pozostałych, nasza uwaga kierowana jest na palce, na to, co bohater robi i tworzy swoimi dłońmi.

Istotne są też Naoefulowe wspomnienia. W czarnobiałych kadrach zawarta jest nostalgiczna podróż do jego dzieciństwa, gdzie najczęściej na ekranie widzimy jego dłoń, którą poznawał otaczający go świat. Oglądamy obrazy, a zarazem fizycznie czujemy znane wszystkim dzieciom odczucia – pierwsze skaleczenie się kolcem róży, przesypywanie w dłoniach piasku, podmuchy wiatru czy próby złapania muchy.

Clapin zwraca naszą uwagę nie tylko na zmysł dotyku, ale i słuchu. Naoeful jako dziecko zafascynowany był dźwiękiem i na przenośny magnetofon nagrywał chwile ze swojego życia – grającą na instrumentach matkę, podróż samochodem z rodzicami, szum wiatru. Jako nastolatek wraca do nagranych kaset, które pozwalają mu się przenieść do czasów sprzed tragicznego wypadku (i trochę poużalać się nad sobą). Nic więc dziwnego, że to właśnie w bezcielesnym głosie Gabrielle chłopiec się zakochuje.

Obcięta dłoń jest właśnie tym elementem, który z pewnością lwią część widzów zachęcił do seansu. Biegająca luzem ręka i jej eskapada po wielkim, złym mieście w celu odnalezienia reszty swojego ciała – co może być dziwniejszego i bardziej intrygującego od nowego wcielenia rąsi z “Rodziny Addamsów”? Twórcom nie można odmówić wykonania wspaniałej pracy – w pełni animowana dłoń porusza się z wielką zręcznością, a wyrażane przez nią emocje są prawdziwie ludzkie.

Właśnie ta sekwencja jest najbardziej dynamiczna, żywa i interesująca ze wszystkich trzech. Ciekawym zabiegiem jest też POV naszej małej bohaterki, co jeszcze dopełnia wrażenie jej antropomorfizacji.

via GIPHY

Moja ulubiona scena z ręką to ta pierwsza w jej historii, kiedy widzimy jej “przebudzenie się” pośród gałek ocznych w szpitalnej lodówce. Dłoń postanawia wydostać się z nieprzyjemnego otoczenia, a następnie oswobodzić z krępującego ją plastikowego opakowania. Moment, w którym po raz pierwszy sama, samodzielnie, bez reszty ciała staje na palcach, był
naprawdę przejmujący. Niestety, na tym się plusy kończą i w dalszej części filmu, poza tym, że ręka jest creepy i dobrze oddaje człowieka (na przykład, gdy klęczy nad wodą lub śpi pod mostem), nic prawdziwie ujmującego w tej narracji nie widzę. Zasadniczym pytaniem jest, czy sceny z ręką w ogóle były potrzebne? Czy cokolwiek wniosły? Nie do końca rozumiem, po co w ogóle oglądamy perypetie dłoni. Uważam to za pretensjonalny zabieg artystyczny, udziwnienie mające na celu wydłużenie filmu i ściągnięcie większej widowni.

Poza tym uważam, że twórcy mogli sobie darować moment, gdzie ręka doprowadza do śmierci opiekującą się swoimi jajkami gołębicę – nie wiem, po co powstała ta okrutna i zakończona w dramatyczny sposób scena. O ile tchórzliwego chłopca można łatwo polubić, to cała jego historia jest bardzo skromna, oklepana do bólu i nie wnosi nic nowego. Miłe dla oka są zaś sceny z dzieciństwa, gdzie wręcz czujemy na dłoniach to, co bohater. Z kolei wątek biegającej ręki pozostawia niedosyt i w ostatecznym rozrachunku irytuje brakiem konkluzji.

Podobał mi się natomiast motyw pojawiający się w dwóch sekwencjach – wspomnień i teraźniejszości Naoufela. Chodzi mianowicie o wszechobecną muchę – symbol przeznaczenia, o którego zmianę zawalczy nasz bohater.

Pod kątem wizualnym animacja jest zachwycająca – widać, że twórcy włożyli w nią mnóstwo serca i ciężkiej pracy. “Zgubiłam swoje ciało” ma swój unikalny charakter, z którego bije niesamowity realizm. Na szczególne wyróżnienie zasługują tutaj wielkomiejskie tła i genialna motoryka odciętej dłoni. Nie odstają też ruchy i mimika bohaterów – wszystko tutaj jest naturalne, podobnie jak ujęcia ukazujące zjawiska tak delikatne i ulotne, jak para na szybie, piasek przesypujący się między palcami, zachód słońca czy palce sunące po klawiszach pianina.

Postaci drugoplanowe w filmie są potraktowane po macoszemu – po prostu są. Nie mają żadnej głębi, są raczej stereotypowe (podły kuzyn, dobry wujek itd.), mało ciekawe. Istnieją po to, aby spełnić swoją funkcję fabularną.

Dialogi w filmie są bardzo oszczędne, dzięki czemu możemy nad każdym chwilę pomyśleć. Nie uważam, żeby były wyjątkowo głębokie, ale są ładne, delikatne a ich nasycenie nadaje produkcji nostalgicznej atmosfery. Ponownie wspomnę scenę urokliwej rozmowy Naoefula z głosem z interkomu, która była ciekawa i angażująca.

Udana jest również muzyka autorstwa Dana Levy’ego, który zgrabnie buduje klimat tej przeplatanej prozą życia i poezją uczuć opowieści, gdzie w jednym momencie jesteśmy w ponurej i pełnej samotności metropolii, a w drugiej doświadczamy ciepłych i dobrych wspomnień z dzieciństwa. Trzeba wspomnieć, że Levy został uhonorowany nagrodą Annie – Najlepsze indywidualne osiągniecie: muzyk, oraz Cezarem za najlepszą muzykę filmową.

W mojej ocenie jest to film wart obejrzenia, nawet przez wzgląd na samą animację, ale nie zaliczyłabym go do grona najlepszych filmów animowanych ostatnich lat. Jest z pewnością inny, przepięknie zrobiony i da Wam powód do podumania nad sobą, swoim życiem i przeznaczeniem.

Lukrecja Michałowska

Leave a Reply

%d bloggers like this: