Recenzje

„Vaiana: Skarb oceanu”, czyli słuchajmy głosu naszego serca! Jedna z najlepszych nowych animacji Disney’a

Disney zaprasza nas na jedną z polinezyjskich wysp, gdzie tysiące lat temu wydarzyła się pewna niezwykła historia…

“Vaiana: Skarb oceanu” z 2016 roku to najnowszy pełnometrażowy film animowany reżyserskiego duetu Ron Clements & John Muskers, którzy stoją za takimi hitami, jak “Mała syrenka” (1989) czy “Herkules” (1997). Za scenariusz odpowiada Jared Bush, który napisał również “Zwierzogród” (z którym nomem omen “Vaiana” przegrała oscarową bitwę długometrażowy film animowany).

W ramach wyjaśnienia: w oryginale film nosi tytuł “Moana”, lecz w niektórych krajach, w tym w Polsce, nazwa ta była już zastrzeżona. Z tego powodu zdecydowano się na dwa imiona bohaterki funkcjonujące na całym świecie – Moana i Vaiana.

Rajska wyspa i szalona babcia


Tym razem Disney zabiera nas w daleką podróż, na rajską wyspę Motunui, która leży gdzieś pomiędzy Hawajami, Tonga a Tahiti, gdzie trzy tysiące lat temu pewna nastolatka, wbrew wszystkiemu, odważyła się posłuchać głosu swego serca… i przeznaczenia.

via GIPHY

Już scena otwierająca odsłania przed nami, z czym będą musieli zmierzyć się bohaterowie tej wspaniałej historii. Otóż dawno, dawno temu półbóg Maui chcąc dać ludziom nieśmiertelność, skradł kamienne serce bogini życia, Te Fiti. Sprowadził wówczas na świat zniszczenie, które powoli opanuje całą ludzkość. Będzie się to działo, póki nie zjawi się bohater, który odnajdzie półboga i razem zwrócą bogini jej serce. Cięcie.

Tytułowa Vaiana jest córką wodza wyspy Motunui położonej gdzieś w rejonie Polinezji. Nastolatka nie ma łatwo – ojciec wymaga od niej, by przestała się w końcu kręcić blisko niebezpiecznego oceanu i skupiła się na tym, na czym powinna, czyli nauce bycia wodzem. Bohaterka próbuje sprostać oczekiwaniom, ale jest rozdarta między tym, co jest jej pisane ze względu na status społeczny, a tym, co planuje dla niej przeznaczenie. Vaiana bowiem pragnie być odkrywczynią, a do oceanu przyciąga ją potężna siła i nieważne, jak bardzo dziewczyna stara się omijać drogi
prowadzące nad wodę, to i tak zawsze kończy na plaży. Ocean zaś wydaje się ją wołać,przemawiać do niej, i to od czasów, gdy była jeszcze dzieckiem.

via GIPHY

Relację Vaiany z wielką wodą dostrzega i rozumie tylko jej babcia, Tala, która sama się z siebie śmieje, że jest lokalną wariatką. To dzięki wierzącej w mity i czującej więź z naturą i bogami babci dziewczyna poznaje ukrywaną od lat historię całego ludu. Odkrycie prawdy daje Vaianie odwagę, by w końcu złamać zasady i przekroczyć rafę koralową. Decyzję o wyprawie cementuje pojawienie się naglącego problemu – okazuje się, że legendy o skradzionym sercu bogini nie można włożyć między bajki, bo Motunui zaczyna umierać.

By uratować swój lud i odnaleźć siebie Vaiana wyrusza na wielce niebezpieczną misję. Cóż, do zrobienia ma niemało – na start odnaleźć musi Mauiego, czyli półboga, który ukradł serce bogini; następnie przekonać go, żeby to serce oddał jego właścicielce, a po drodze jeszcze pokonał potężnego demona. Sporo, zwłaszcza jak jest się szesnastolatką, która w życiu nie prowadziła łodzi. Po oceanie. Nie znając drogi. Ani gwiazd. Na tym kończę moje wstępne spoilerowanie. Jeśli znacie już ten film, to zapraszam niżej, a jak nie, to marsz do oglądania!

via GIPHY

Prawdziwie ludzkie postaci

Tytułowa Vaiana to zdecydowanie jedna z bardziej przebojowych i niezależnych bohaterek Disneya, która od razu skojarzyła się mi z Pocahontas (“Pocahontas”, 1995). Odważna i sympatyczna nastolatka przeżywa typowe dla swojego wieku rozterki, czyli odnalezienie swojej drogi i poznanie siebie. Nie jest jednak buntowniczką, która zrobi wszystko, ale oby tylko na odwrót, niż chcą tego jej rodzice. Vaiana próbuje zrozumieć swoje pragnienia i to, co mówi, jej intuicja, lecz nie jest przy tym pozbawiona wątpliwości i niepewności. Widzimy, jakie emocje targają bohaterką i nigdy nie wiemy, na co się finalnie zdecyduje.

Maui, którego postać oparta jest o półboga rzeczywiście występującego w polinezyjskiej mitologii, również nie jest płaską i nieciekawą jednostką. Prezentujący się jako pewny siebie, brawurowy i egocentryczny wraz z upływem czasu ukazuje nam swoje drugie oblicze.

via GIPHY

Obie postaci zostały świetnie napisane. Psychologizacja Vaiany i Mauiego zdecydowanie bardzo dobrze udała się twórcom.

I tym razem twórcy nie zaniedbali postaci drugoplanowych. Kogut Hei hei, czyli chyba najgłupszy sidekickowy zwierzak w historii animacji. Hei hei, oprócz bycia elementem komicznym filmu, okazuje się całkiem przydatny podczas wielkiej wyprawy głównej bohaterki.

Z pewnością nie jest to mój ulubiony disnejowski zwierzak i nie bawi mnie oferowany przez niego humor, ale jest ktoś, kto mi to rekompensuje, mianowicie…. Świnka Pua. Pua jest przecudowną malutką świnką, która przyjaźni się z Vaianą. Jest piękna, mądra, zabawna i przeurocza. To naprawdę wielka szkoda, że nie mogła towarzyszyć Vaianie w wyprawie! Domagam się jej przygód w oddzielnym filmie pełnometrażowym lub serialu. Planuję pikiety pod siedzibą Disneya i nie odpuszczę, póki moje żądania nie zostanie spełnione.


Na wspomnienie zasługują też żywe tatuaże Mauiego, które wyrażają swoje uznanie lub dezaprobatę dla czynów półboga, a podczas sprzeczek z reguły biorą stronę Vaiany – geniusz. Kokosowi piraci również byli wspaniali – scena, gdzie banda kokosów próbuje wykraść bohaterom serce Te Fiti była świetna. Uśmiech wywołuje też wyraźne nawiązanie do “Mad Maxa” z 2015 roku. No i babcia Tala, która powszechnie uważana jest za wariatkę, a pierwsze skojarzenie z nią to babcia Wierzba z “Pocahontas”.

via GIPHY

Figurka POP!

Zgodnie z aktualnymi trendami w animacji nie dopatrzymy się klasycznego czarnego charakteru ani wątku romantycznego między Vaianą a Mauim. Wpierw jesteśmy świadkami ich bitew na pstryczki w nos, lecz razem z rozwojem wydarzeń para zaczyna darzyć się przyjaźnią i wzajemnym szacunkiem. Bardzo podoba mi się też to, że Vaiana “nie jest przeznaczona” jakiemuś kawalerowi, jak miało to miejsce na przykład u Pocahontas, która mimo bycia córką wodza nie mogła nie mieć męża.

Strona wizualna filmu zachwyca

Jako miłośniczka tradycyjnej animacji, gdzie rysownicy używali ołówka, na ogół kręcę nosem na wizualny aspekt nowych filmów animowanych. Tym razem nawet nie pomyślałam, że to szkoda, że film jest zrobiony całkowicie komputerowo. Przepiękne krajobrazy, ogrom oceanu, ludzkie postaci (włosy!), to, że naprawdę czujemy się, jakbyśmy wraz z bohaterami byli gdzieś na wyspach Oceanu Spokojnego… Autorzy “Vaiany” wykonali kawał dobrej roboty – ich dzieło zachwyca w absolutnie każdym calu.

Muzycznie mogło być lepiej

W “Vaianie: Skarb oceanu” nie mamy tak wielu piosenek, jak w innych produkcjach Disneya. Ich teksty nie są też tak porywające, jak te obecne w innych bajkach słynnego studia. Utwory trochę zlewają się ze sobą i niewiele wnoszą do fabuły, a spełniają jedynie funkcję autoprezentacyjną dla poszczególnych postaci. Nie zmienia to faktu, że dobrze się ich słucha, a “How Far I’ll Go” i “You’re Welcome” zostają w głowie trochę dłużej, niż przysłowiowe pięć minut (założycielka portalu, Marzena Siarkiewicz jest w nich zakochana i pewnie zabije mnie za te słowa).


Za muzykę odpowiadają Lin-Manuel Miranda (“Mała syrenka”, 2020), Mark Mancina (“Tarzan” 1999, “Mój brat niedźwiedź”, 2003) i piosenkarz Opetaia Foa’i. Trzeba przyznać, że zgrabnie połączyli polinezyjskie melodie z nowoczesną elektroniką, czym nadali utworom trochę popowy wydźwięk.

Ogólnie polskie wersje językowe disnejowskich bajek uważane są za jedne z najpiękniejszych na świecie. Słuchając nowszych projektów polskich studiów dźwiękowych można jednak odnieść wrażenie, że złota era polskiego dubbingu z takimi kreacjami, jak Małgorzaty Foremniak i Edyty Górniak jako Pocahontas chyba się skończyła.

W wersji angielskiej Vaianie, czyli Moanie, głosu użyczyła Auli’i Cravalho, która krótko mówiąc, spisała się wspaniale. Polska Vaiana jest znacznie bardziej cukierkowa, a jej głos w ogóle nie pasuje do silnej osobowości bohaterki. Do napisania tego fragmentu recenzji specjalnie włączyłam sobie “Pół kroku stąd” w wykonaniu Weroniki Bochat – za pierwszym podejściem wytrzymałam tylko (aż?) 25 sekund tego przecukrzonego (wg mnie!) stylu śpiewania.

Niestety, kiedy cukier już mi się unormował i przesłuchałam wszystkie piosenki w wersji polskiej i angielskiej dla porównania, tylko utwierdziłam się w mojej opinii, że tym razem coś nie wyszło. Czy naprawdę w Polsce nie ma wokalistek, które dysponują głosem z większym charakterem? Takie wykonanie pasowałoby może do mniej samoświadomych bohaterek z disnejowskiego imperium (Królewna Śnieżka maybe?) A jak spisała się reszta polskiej obsady?

Niestety, ale Igor Kwiatkowski, czyli filmowy Maui, też nie wypadł najlepiej. Aktor zaśpiewał naprawdę ok, w porządku, ładnie, ale i u niego nie słychać tego, co powinno, czyli charakteru postaci. Na pocieszenie dodam, że półbóg w wersji hiszpańskiej czy portugalskiej też nie dorasta do pięt temu w interpretacji Dwayne’a Johnsona, którego angielskojęzyczny Maui nie ma sobie równych. Nic dziwnego – mało kto potrafi wydobyć ze swojego głosu tyle emocji i wykorzystać go tak, by oddawał cały charakter bohatera, jak zrobił to słynny wrestler.


Na szczęście jeszcze jest krab. Wielki, wspaniały krab z głosem Macieja Maleńczuka. Samo to zdanie brzmi już wybornie. Będzie zatem krótko-Maleńczuk w roli ekscentrycznego i przerażającego Tamatoa jest absolutnie genialny, mówi i śpiewa rewelacyjnie. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że krab z jego głosem jest lepszy od wersji angielskiej, gdzie skorupiaka gra Jemaine Clement.

Reasumując: niektóre piosenki w “Vaianie: Skarb oceanu” są świetne , ale tylko oryginalnej wersji językowej. Poza Maleńczukiem, oczywiście.

Historii Vaiany pełna jest mądrości


“Vaiana: Skarb oceanu” nie jest wielce skomplikowaną i oryginalną historią pełną niespodziewanych zwrotów akcji, lecz nie przeszkadza jej w to byciu świetną animacją nieodstającą poziomem od poprzednich produkcji Disneya. Mimo tego, że bajkę można określić jako lekką, nie oznacza to wcale, że nie przekazuje ważnych treści.

Po pierwsze, zawsze warto słuchać głosu swego serca i intuicji i walczyć o marzenia. Bez zaufania sobie i swoim instynktom możemy nigdy nie odnaleźć siebie i naszej własnej drogi życiowej. Musimy pamiętać, że póki nie odkryjemy prawdy o sobie, nigdy nie zaznamy spokoju ducha i ciągle będziemy wracać do tego, co nas w środku szarpie i prosi o uwagę.

Zamykanie się na to, co mówi serce, nigdy nie pozwoli nam na prawdziwe szczęście. Lokalne wariatki miewają rację. Mądrość przodków to wielka wartość, a zamykanie się na tradycję to odrzucanie wspaniałego daru. To, że coś wydaje się być nierealne i bez sensu wcale nie musi oznaczać, że nie ma w tym prawdy czy nauki dla nas.

Po drugie, piękna historia Te Fiti uświadamia nam, jak bardzo możemy zatracić siebie, gdy pozwolimy bólowi i złości nami zawładnąć. Zaślepieni rządzą zemsty, zgorzknieniem czy rozdzierającym bólem zapominamy, kim jesteśmy. Przywodzi to na myśl przypadek Diaboliny (“Czarownica”, 2014), która również uchodzi za zło wcielone, lecz i jej historia uczy nas, że nie każdy jest zły z natury. Bogini życia przypomina nam również o tym, że po zbrodni przychodzi kara i o tym, że warto wybaczać.


Po trzecie, film ma również wydźwięk polityczno-ekologiczny. Po tym, jak z egoistycznych pobudek Maui kradnie serce bogini życia, świat zaczyna umierać, zabierając tym samym pożywienie i miejsce do życia całej ludzkości. Jest to jasne nawiązanie do aktualnej sytuacji Matki Ziemi, którą niszczymy każdego dnia naszym egoizmem. Wszyscy będziemy odpowiedzialni za gniew Ziemi, gdy w końcu przemieni się w to, co filmowa Te Fiti.

“Vaiana: Skarb oceanu” to piękna i mądra opowieść o poszukiwaniu siebie, która i dorosłych zmusi do pomyślenia nad tym, czy aby na pewno robią w życiu to, co powinni. Na szczęście historia Vaiany motywuje do działania, więc jeśli tylko poczujecie dziwne ukłucie w sercu… to z pewnością zaraz obierzecie kurs na Wasze marzenia.

Lukrecja Michałowska

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: